Anima Mundi

Zmieniona muzyka Hoarfrost

Where Words Fail, Music Speaks

Kompilacja dla Ani

Austeros

Przesłanie do wysublimowanych zmysłów Inner Vision Laboratory

The Measures Taken

Człowiek vs. maszyna w muzyce Machinefabriek

Glaciology

Cztery utwory o śniegu i lodzie Strom Noir

(Tomb) rider koncertowy

O wymaganiach niektórych gwiazd krążą legendy. Zachcianki, wyszukane kulinaria i morze alkoholu. Listy życzeń gwiazd i gwiazdek są najczęściej upchnięte pośród wymogów technicznych w tzw. riderze koncertowym. Krótko mówiąc jest to lista wymagań, które muszą zostać spełnione, aby gwiazda wystąpiła. Jak to bywa w życiu, taki rider zamiast ułatwiać życie organizatorom przyprawia ich o bóle głowy.

Do klasyki tematu przeszedł rider koncertowy grupy Van Halen, który zbulwersował media w 1982 roku. Czym? Zespół zażyczył sobie miski z czekoladkami M&MS z zastrzeżeniem, że organizator koncertu ma usunąć drażetki w brązowej polewie. Podobną słabość do słodyczy zdradzała grupa Bloodhound Gang, która życzyła sobie drażetki Skittles posegregowane kolorami. Do miłośników słodyczy zalicza się również Marilyn Manson, który obok absyntu ma słabość do żelek Haribo. Ekipa The Kiss zdradza ciągoty do ryżowych ciastek w różnych polewach. Członkowie Blink 182 przyjmują witaminy wyłącznie w postaci cukierków, muzycy AC/DC i Pearl Jam lubią batoniki, a duet Tenacious D gorzką czekoladę. Jednak wszystkich przebija Lemmy z Motörhead, który wymaga popularnych jajek niespodzianek (Kinder Egg) - bynajmniej nie ze względu na znakomitą czekoladę: Lemmy zbiera zabawki i figurki z Kinderów. Dlatego organizatorzy muszą pamiętać, by nie kupować Kinderów partiami od jednego dostawcy - przecież zabawki mogą się powtarzać.

Szeroko pojęte kulinaria wydają się pasją wielu formacji. Pewna polska grupa domaga się podania przed koncertem dokładnie 40 kanapek. Dlaczego tyle? Nikt nie wie: może pokrętna arytmetyka, może symbolika liczb? Dave Grohl lubuje się w serach. Jego ridery zawierają prośby o Goudę oraz Gorgonzolę. Natomiast grupa Metallica prosi o hurtowe ilości bekonu, do każdego posiłku. Tenacious D nie są wybredni co do posiłków, jednak jeden warunek musi być spełniony: smaczna, brązowa musztarda. Członkowie Bon Jovi rozsmakowali się w sushi, które (zapewne omyłkowo) zaliczają do fast foodów. Prawdziwym smakoszem okazał się jednak Axl Rose, którego fanaberie (inaczej nie da się tego określić) dotyczą nie tylko samych potraw, ale i metod ich przygotowania (np. jak powinien być wysmażony filet, jak upieczony kurczak itp.) oraz dni tygodnia w których są preferowane (np. wtorek - kuchnia azjatycka, środa - meksykańska, czwartek - amerykańska).  Przy okazji niedawnego koncertu w Rybniku lider Guns N` Roses zażyczył sobie całego kurczaka, filetu mignon, sałatki cesarskiej, sałatki szpinakowej, rosołu, czterech cheeseburgerów, Spaghetti Pomodoro z włoskim i czosnkowym chlebem. Organizatorzy polskiego koncertu zostali potraktowani dość ulgowo. Bywa, że Axl życzy sobie dostarczenia do garderoby drogich i trudno dostępnych kwadratowych melonów.

Nie tylko rybka lubi pływać - skoro jesteśmy przy jedzeniu warto napisać kilka słów o napojach. Tu sprawa wydaje się oczywista - mało który koncert odbywa się bez alkoholu. Owszem pojawia się zapotrzebowanie na napoje energetyczne, colę oraz soki, ale alkohol rządzi. Muzycy dzielą się na kilka grup: smakoszy piwa, dobrych win i mocniejszych alkoholi, Jest jeszcze grupa akceptująca wszystko - najlepiej w ilościach hurtowych. Dla przykładu grupa Rush życzy sobie zestaw piw złożony z Michelob, Molson Golden, Corona, Miller Genuine Draft oraz lokalnych piw, ma tylko jedno zastrzeżenie: "absolutely no Heineken". Inną "pasją" kanadyjskiej formacji są mocniejsze trunki. W tej materii panuje pełny porządek: w poniedziałki ma być serwowany Meyers Dark Rum, we wtorki Chivas Regal, w środy koniak Martell Cordon Bleu, w czwartki gin z tonikiem, w piątki Szkocka (najlepiej z destylarni Glenlivet), w soboty rosyjska wódka (Stolichnaya lub Moskovskaya), a w niedzielę wyłącznie koniak Napoleon Courvoisier. 

Zastawiacie się pewnie czy muzycy lubią polską wódkę? Oczywiście. Zapytany o wspomnienia z Polski zespół (dla przykładu: Cradle Of Filth, Iron Maiden czy Metallica) z rozmarzeniem wspomni naszą kiełbasę, urodę Polek i właśnie wódkę. Koronnym przykładem uwielbienia "polskiej czystej" jest przygoda formacji The Rolling Stones. Za słynny występ w Sali Kongresowej w 1967 roku zażyczyli sobie podobno pociąg polskiej wódki. Plotka głosi, że zachciankę spełniono, jednak cło okazało się niebotycznie drogie i zespół musiał obejść się smakiem.

Analizując ridery koncertowe z różnych lat można zaobserwować pewną prawidłowość: spożycie alkoholu maleje wprost proporcjonalnie do wieku muzyków. Członkowie Van Halen, Metalliki czy AC/DC tę drogę mają już za sobą. Dziś niczym stateczni panowie raczą się wodą mineralną (najlepiej jakaś wyszukana: włoska, francuska) oraz sokami (koniecznie wyciskane). Wraz z wiekiem ważne stają się takie rarytasy jak butle z tlenem, a najlepszym towarzyszem jest lekarz (np. Ozzy Osbourne wymaga obecności na miejscu koncertu laryngologa). Gdyby moją tezę poznał wspomniany już Lemmy z Motörhead - setnie by się uśmiał, on mimo swoich 67 wiosen za kołnierz nie wylewa, ale Pan Kilmister to przecież ewenement i na riderach nie polega - zawsze ma przy sobie butelkę whisky (zależnie od kaprysu jest to: Jim Beam, Jack Daniels, Wild Turkey, Maker's Mark - Lemmy nie lubi tylko Szkockiej).

Jest pewna grupa muzyków, którzy organizatorzy koncertów boją się jak diabeł święconej wody - złośliwie nazywa się ich "estetami". Tu prym wiedzie Prince, który nie znosi używanych rzeczy. W jego garderobie wszystko musi być absolutnie nowe i czarne - najlepiej jeszcze zafoliowane. Członkowie Bon Jovi mają osobistego asystenta dbającego o ich odzienie. Tzw. "wardrobe supervisor"  pieczołowicie składa skórzane spodnie Jona. Ma on swój użytek specjalny wardrobe room - rider dokładnie określa charakterystykę tego pomieszczenia oraz wymaganą temperaturę. Popowa babcia Madonna nie siądzie dwa razy na tej samej desce klozetowej, Alice Cooper musi mieć w garderobie bardzo ciepło (zorientowani wiedzą dlaczego), a David Bowie wymaga termometru podającego temperaturę w Celsjuszach.  

Ridery potrafią określać nie tylko spis wyposażenia garderoby (ilość stolików, sof i foteli), ale i ich wygląd oraz rozstawienie. Rider Van Halen z 2008 roku nakładał na organizatorów koncertów obowiązek przygotowania specjalnego pokoju do nauki - 16 letni Wolfgang Van Halen poświęcał wolne chwile na naukę. Grupa The Rolling Stones potrzebuje wolnej przestrzeni dla własnego stołu do snookera, Eric Clapton zabiera w trasę ulubione piłkarzyki stołowe, a INXS woziło stół do ping ponga.

Dave Grohl, członkowie Red Hot Chili Peppers oraz Goo Goo Dolls jak na prawdziwych rockersów przystało mają szczególne wymagania: ich ridery zawierają zapotrzebowanie na bieliznę osobistą - ciekawa perwersja obcy ludzie kupują Ci gacie i skarpetki.

Na koniec kilka nietypowych wymagań z innych dziedzin. Trent Reznor na trasach z Nine Inch Nails wymagał mąki kukurydzianej, bynajmniej nie w celach konsumpcyjnych: muzyk zasypywał nią swoje ciało by wytrzymać dyskomfort ulubionych skórzanych spodni, które nosił podczas koncertu. Członkowie Jane's Addiction potrzebują niebieskich, czerwonych lub białych bibułek od Zig - Zaga, a jedna z black metalowych kapel życzyła sobie (koniecznie) różowego papieru toaletowego.

Wypada się zastanowić dlaczego muzyczne gwiazdy wymagają często niedorzecznych rzeczy i starają się wpędzić organizatorów do grobu? Może aby utrzymać status kapryśnej gwiazdy i dzięki temu wynegocjować wyższe stawki? Może to oznaka utraty kontaktu z rzeczywistością? Odpowiedź jest prosta: bo mogą. Status gwiazdy daje im prawo do wymagania rzeczy niedostępnych dla zwykłego zjadacza chleba.

Wiele absurdalnych zapisów ze starych riderów ma swoje praktyczne uzasadnienie. Przykre doświadczenia zaowocowały np. specyficznymi prośbami odnośnie koncertów w Europie Wschodniej: czy prośby o trzeźwych współpracowników, solidne sztućce i naczynia oraz posprzątane pokoje wydają się tak demoniczne? W swojej autobiografii David Lee Roth wyjaśnił, że słynna historia z M&MS Van Halen miała na celu sprawdzać profesjonalne podejście organizatorów koncertów w tamtych czasach (czy w ogóle czytają ridery) i wynikała z przykrych doświadczeń zespołu z poprzedniej trasy (osoba z personelu grupy ledwo uszła z życiem). Historia pokazała, że genialny podstęp Van Halen zdał egzamin
, przed koncertem w Colorado stwierdzono obecność jednej brązowej drażetki M&Ms i organizator zapłacił 80 tysięcy dolarów odszkodowania. To z pewnością zmusiło wiele osób do uważniejszej lektury riderów.


BH

9 września 2012

1 comment

  1. Ze Stonesami to było najprawdopodobniej tak, że polska złotówka w owym czasie była na zachodzie bezwartościowa, więc organizator wynegocjował z zespołem zapłatę wódką jako ekwiwalentem. Ale końcówka o cle jest jak najbardziej prawdziwa;)

    BocJan Wed, 16 Jan 2013

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =