Wieża Ciśnień II

Dźwiękowa restytucja

Fuse / Holter

Split Echoes of Yul i Nowa Ziemia

Conspicuous Unobstructed Path

Macabre folk 23 Threads

Dionysus

Dytyramb Dead Can Dance

Light Of The Dreams

Sny Maćka Szymczuka

Weather Systems

Bardzo długo, bo aż całe dwa lata czekałam na tę płytę. Długo i niecierpliwie. Po niezwykłym sukcesie płyty "We're Here Because We're Here" oczekiwałam czegoś na tej samej miary, jeśli nie lepszego. "We're Here..." była czymś niespodziewanym, nieoczekiwanym po tego typu kapeli. Ale panowie z Liverpoolu, którzy w swej długiej karierze mają na sumieniu już wszelakie brzmienia metalu powoli, acz skutecznie skłaniali się ku muzyce bardziej klimatycznej. Nie bali się eksperymentować i ryzykować czego efektem jest właśnie "We're Here...".

Czegóż więc można było się po nich spodziewać teraz? Z pewnością apetytu nie zaspokoił zeszłoroczny "Falling Deeper", który podobnie jak "Hindsight" z 2008 roku był zaledwie kompilacją wydanych już utworów pod nieco inną postacią i brzmieniem. Nie ma co ukrywać, "Falling Deeper" szału nie zrobił, nie powalił fanów na kolana, więc wyjścia innego nie było jak tylko zrobić "We're Here Because We're Here Part.2"

I cóż, "Weather Systems" troszkę mnie rozczarował, chyba właśnie dlatego, że jednak okazał się nie być powtórką sukcesu. Wręcz przeciwnie, Liverpoolczycy nie osiedli na laurach i zabrali się ostro do pracy. Owszem, nie wiem zupełnie co stało się z tymi niemalże niewyczuwalnymi przejściami, czy liryką śpiewaną głosem Vincenta. W żadnym razie nie powiem, że płyta jest niedopracowana, bo z daleka słychać, że nie ma tutaj ani jednej zbędnej nutki, żaden dźwięk nie ucieka na rzecz innego. Są wciąż piękne, nasączone subtelnościami teksty, które nasączają żyły nieodpartym spokojem, troszkę rozczulają i pobudzają brakiem trywialności czy słodyczy jak w przypadku "Falling Deeper"; klimatyczna linia melodyczna; charakterystyczne brzmienie Anathemy wzmocnione o odważniejsze kompilacje i fantastyczny głos Vincenta, ale nie jego samego, niestety...

Zgrzytam zębami, gdy w typowy męsko-muzyczny świat wchodzi z butami kobieta i stawia na głowie cały odbiór płyty. Nie twierdzę, że Lee Douglas śpiewać nie potrafi, bo z pewnością robi to lepiej ode mnie; po prostu nie zaszkodziłoby (z całą pewnością), gdyby było jej na tej płycie znacznie, ZNACZNIE mniej. Rozumiem, że miała ona nadać bardziej kobiecy sens, uchwycić niuanse dla mężczyzn obce, lub niepasujące. Czasem nawet jej to wychodzi, wystarczyłoby jednak sprowadzić ją do roli - przepraszam - eksperymentu i gościnnych występów.

Niemniej jednak, jest to płyta, której trzeba koniecznie posłuchać, bo naprawdę warto zanurzyć się choć na chwilę w ten wyjątkowo klimatyczny art rock. Jest jak kawa na nowy początek dnia - świeża, o smaku ukrytym gdzieś pomiędzy brzegiem filiżanki a jej dnem. Emocjonalne piękno z nutką goryczki.




Wydawnictwo: KScope, 2012
Dystrybucja: Rock Serwis










Gabriela Krochmal, 15 kwietnia 2012

Alfabetyczny spis wszystkich recenzji

0 comments

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =