Genetic Transmission

W poszukiwaniu realności dźwięków

Expo 70

Muzyka, która odgradza od zreczywistości

The Ritual Should Be Kept Alive

Magia Hybryds

Once

Naturalizm i zmysłowość muzyki Egora Grushina

Assemblage

Muzyczny asamblaż Machinefabriek

Hammer Of Purity

Heathen black to etykietka niejednoznaczna w klasyfikacji i tak naprawdę łatwiej ją sobie przykleić niż obracać się w tej stylistyce. Jak jest z Hermitage? Sprawdźmy na podstawie demo "Hammer Of Purity".

1. A Blaze Amid the Ruins          
2. Atlantean Steel          
3. Valley of Heroes          
4. Black Water, Red Sky          
5. War of the Giant

A.D. 2011, Black Death Production / Werewolf Promotions / Wulfrune Worxxx



Za Hermitage stoi niejaki Tsar, który zajął się wszystkimi aspektami muzyki projektu. Jak zawsze w takiej sytuacji ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony w muzyce może zapisać się wizja jasna i wykrystalizowana bez kompromisów, z drugiej zaś twórczość pozbawiona spojrzenia z boku często nosi  znamiona samozachwytu twórcy (fani niejakiego Vikernesa coś o tym wiedzą).

"Hammer Of Purity" to demo więc, aspekty techniczne można spokojnie pominąć. Jednak nie mogę spokojnie przejść nad sytuacją, gdy wokal i gitara giną w ozdobnikach i klawiszach. W konsekwencji ma się wrażenie, że wspomnianych ozdobników jest więcej niż właściwej muzyki.

Tsar nie śpieszy się na tym albumie. Dominują tempa średnie, przecinanie niekiedy zwolnieniami. Całość łagodzą dodatkowo klawiszowe pasaże, sekwencje chórów i ozdobniki. Przez 5 utworów mamy do czynienia z prostymi, często miłymi dla ucha ścieżkami. Na szczęście nie jest zbyt melodyjnie, a raczej chropowato. Bębnienie jest prosta jak budowa cepa i najczęściej spełnia formę dodatku. Są tu oczywiście wyjątki, np. motyw w "War of the Giant". Wokal jest ponury i w zasadzie pasowałby do muzyki. Jednak zupełnie mnie nie przekonuje. Mam wrażenie, że jest nieco wymuszony. Dopiero rozwija się w partiach krzyku ("War of the Giant"). Gitara jest zdominowana przez tło, przez swoja jednostajność i jednorodność zlewa się z perkusją. Riffy nie są za skomplikowane i niestety ta prostota czasem wprawia w zakłopotanie. Oczywiście kilka patentów może się podobać np.  smutny wstęp do "A Blaze Amid the Ruins", współpraca gitary i perkusji w chwalonym już "War of the Giant".

Mogłoby się wydawać, że taka ilość mankamentów dyskwalifikuje ten album w zupełności. Paradoksalnie nie. Ta miejscowa indolencja, prostota i powtarzalność plus pogańska otoczka ma specyficzny urok.
Uporządkowanie spraw technicznych i trochę pracy może sprawić, że na kanwie tego dema powstanie solindy album.

31 maja 2012

Alfabetyczny spis wszystkich recenzji

0 comments

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =