Genetic Transmission

W poszukiwaniu realności dźwięków

Expo 70

Muzyka, która odgradza od zreczywistości

The Ritual Should Be Kept Alive

Magia Hybryds

Once

Naturalizm i zmysłowość muzyki Egora Grushina

Assemblage

Muzyczny asamblaż Machinefabriek

Regnum Dei

Nie ukrywam, że czekałem na ten album od czasu wywiadu z Kalot Enbolot. Już wtedy zaintrygowała mnie tematyka płyty oraz zapowiedź coveru The Cure. Długo musiałem czekać na ten krążek, ale jeśli mam być szczery było warto.

1. Infidelis
2. The Grand Adversary
3. Advocati Sancti Sepulchri
4. Jerusalem The Whore
5. Children of Judas
6. Mother of Demons
7. The Figurehead

  A.D. 2010 / Eastside Records


Album koncepcyjny musi być strukturą zwartą, nie tylko tekstowo ale i muzycznie. Całość powinna być do siebie idealnie dopasowana - tylko wtedy taki zabieg ma sens. "Regnum Dei" jest wzorcowym przykładem albumu koncepcyjnego. Płyta porusza interesującą, choć niełatwą tematykę wypraw krzyżowych. Autor tekstów Svart podjął próbę oceny słuszności i celowości średniowiecznych krucjat. Natomiast muzyka nie jest tu tylko tłem do rozważań zawartych w lirykach. Ona nie tylko uzupełnia snuty wątek, ale często rozwija go i ubogaca.

To bardzo mroczny i złowieszczy album. Kompozycje są długie i rozbudowane, okraszone zmianami tempa czy spokojniejszymi fragmentami. Nie brak tu podniosłego, epickiego klimatu. Dominuje różnorodność, nie dźwiękowy miszmasz tylko uporządkowana, wielowątkowa muzyka. Zwracają uwagę potężne black metalowe riffy i blasty. Zmiany tempa przyprawiają o zawrót głowy, a akustyczne momenty kładą na na utwory cień melancholii i zamyślenia.

Warto poświęcić kilka zdań wokalom na "Regnum Dei". Wokalista Mike wykorzystuje bardzo zróżnicowane techniki wokalne i co ciekawe we wszystkich radzi sobie bardzo dobrze. Mamy więc do czynienia z growlem, z blackowym wrzaskiem oraz znakomitymi czystymi wokalami. Zakładając, że ludzki głos do jest instrumentem, wokalista Kalot Enbolot jest prawdziwym wirtuozem.  Świadczy o tym wspomniany już wachlarz technicznych możliwości, ale przede wszystkim dojrzałość objawiająca się niezwykłym wyczuciem chwili. Linie wokalne nie są chaotyczne, a ich aranżacja zaspokoi gusta najbardziej wymagających słuchaczy.

Album otwiera kompozycja "Infidelis". Od początku mamy do czynienia z urozmaiconymi tempami i zapętlonymi riffami. Bardzo korzystnie prezentują się zmiany wokalu, który nawet w swojej najekspresywniejszej formie jest bardzo czytelny. Bardzo podobają mi się te fragmenty, w których czystemu wokalowi towarzyszy gitara akustyczna (szczególnie końcówka). To połączenie nie tylko ubogaca cały utwór, ale tworzy niesamowity klimat.

"The Grand Adversary" rozpoczynają subtelne dźwięki gitary akustycznej. Jest bardzo melodyjnie, wzniośle i melancholijnie. Dalej zespół przyśpiesza, efektownym seriom blastów towarzyszy ściana gitar. Moja uwagę jednak przykuło tło tego utworu, daleki wręcz nucony wokal idealnie pasuje z drapieżnym wokalem głównym. Mimo swej ciężkości utwór charakteryzuje zaskakująca chwytliwość!

"Advocati Sancti Sepulchri" jest pełen niespodzianek. Właściwie zaskakuje od samego początku spokojnym rytmem i delikatną melodią. Z czasem gitary nabierają ostrości, a tempo się różnicuje. Warto zwrócić uwagę na intrygującą linię gitary oraz fenomenalne wokale: od zmyślnie akcentowanego w czystej formie, po nastrojowy szept.

Pełen energii "Jerusalem The Whore" rozpoczyna się bardzo nastrojowo. Głownie za sprawą ciekawego riffu i lekko stłumionego wokalu. To bardzo przestrzenna kompozycja, która potrafi nie raz zaskoczyć. Brawa za złowieszcze zmiany tempa i towarzyszący im jadowity wokal.

"Children of Judas" to bardzo podniosły utwór. Pełen złości wokal, ściana gitar i mocne blasty - to wszystko tworzy fenomenalną całość. Zwracają uwagę ostre jak brzytwa i pełne ogłuszającej mocy gitary, zmienne tempa i klimatyczne wyciszenia.

Epicki "Mother of Demons" emanuje smutkiem. Intryguje pełen żałości wokal i dość jednostajne tempo. Urzekły mnie spokojne wręcz "balladowe" przerywniki i subtelna gitara akustyczna oraz słyszalny w tle wiatr i bicie dzwonu.

Album kończy autorska wersja utworu "The Figurehead" z repertuaru The Cure. Byłem bardzo ciekaw jak zespół potraktuje ten utwór. Na szczęście Kalot Enbolot podszedł do sprawy bardzo poważnie. Brak tu growli, które czyniłyby tą kompozycję raczej parodią. Utwór jest lekko przearanżowany, mocniejszy, ale zaśpiewany czystym głosem. Co najważniejsze zespół odcisnął na nim swoje piętno i dzięki temu kawałek pasuje do całości albumu.

Nie chciałbym, by z tej recenzji wyszła laurka, więc pora na mankamenty. Nie jestem audiofilem jednak brzmienie albumu czasem razi. Wiele do życzenia pozostawia zwłaszcza realizacja perkusji. Czasem jest schowana gdzieś z tyłu i brzmi jak przytłumiona, a czasem brzmi niezwykle sztucznie, wręcz plastikowo. Nie sądzę, by był to zabieg celowy, gdyż kładzie brzydką rysę na tym dobrym wydawnictwie.

Być może to nie wada, jednak odnoszę wrażenie, że krążek został zdominowany przez wokale. To one są siłą napędową tego albumu, to one przykuwają najwięcej uwagi. Pozostali muzycy prezentują profesjonalny warsztat, jednak pozostają jakby w cieniu. Kalot Enbolot przez dozę progresywności oraz wielowątkowość muzyki ucieka od etykietki "black metal". To bardzo dobrze, że zespół wychodzi po za skostniały i wyeksploatowany już schemat.

"Regnum Dei" zaskakuje bogatymi aranżacjami i dźwiękowymi pejzażami, bardzo klimatycznymi wyciszeniami i akustycznymi przejściami. To nie jest łatwy w odbiorze krążek. Zarówno tematyka jak i sama muzyka przeznaczona jest dla wymagającego słuchacza. Obcowanie z "Regnum Dei" wymaga czasu i skupienia. Tylko wtedy można poznać ten koncepcyjny album i w pełni go docenić.

Autor: BH                                                                    13 Czerwca 2011

Alfabetyczny spis wszystkich recenzji

0 comments

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =