Genetic Transmission

W poszukiwaniu realności dźwięków

Expo 70

Muzyka, która odgradza od zreczywistości

The Ritual Should Be Kept Alive

Magia Hybryds

Once

Naturalizm i zmysłowość muzyki Egora Grushina

Assemblage

Muzyczny asamblaż Machinefabriek

Album "Unveiled"

Indywidualny odbiór muzyki uzależniony jest wielu czynników. Wśród nich zdecydowanie należy wyróżnić aktualnie towarzyszący nam nastrój. Dziś przyszło mi zmierzyć się z drugim w dyskografii albumem francuskiego projektu Pale Roses.

 1. Here We Are
 2. A Time To Love and a Time to Kill
 3. Rise (for Madame Blavatsky)
 4. Red Eve
 5. Summer of 64
 6. Doctor Dee
 7. Elsie Wright
 8. Uri Geller
 9. Montague Rhodes James
 10. Fire in the Moor
 11. The Cruel Mother (bonus track) 

      Rage in Eden, A.D. 2011



"Unveiled" to jedenaście kompozycji o neofolkowym zabarwieniu, traktujących o historii i mitologii. Brzmi intrygująco prawda? Niestety tylko w teorii. Rozpocząłem przygodę z tym albumem wczesnym rankiem, jak się okazało to był błąd. Nie pomogło rześkie powietrze ani wprowadzające klimat mgły.  Utwory, które oparte są na mariażu akustycznych gitar, dźwięków fortepianu i wokalu mają senną, melancholijną atmosferę. Aranżacje poszczególnych kompozycji są oszczędne. Nie przekonuje mnie to. Jest to dziwne i irytujące, gdyż zazwyczaj potrafię dostrzec piękno i urok minimalistycznych form. Więc gdzie problem? Poruszając się w swoistym trójkącie wokal - akustyczna gitara - fortepian, każdy z wymienionych elementów musi być dopracowany w najmniejszym szczególe. Na najnowszym albumie Francuzów nie zawsze tak jest. Ponadto wąskie spektrum zastosowanych środków powoduje poczucie powtarzalności niektórych motywów.

Zastosowanie skromnego instrumentarium pociąga za sobą wzmożoną uwagę skierowaną na wokal. Zyskuje on miano dodatkowego instrumentu. To na nim opiera się całe kompozycyjne rusztowanie, tu pojawia się moje "ale". Samotny bard z gitarą snuje opowieści o wojnach i mitach. Absolutnie nie mam zastrzeżeń do technicznych umiejętności wokalisty, moje wątpliwości budzi tylko forma prezentacji. Zbyt ciepła jak na tą muzykę ta barwa, czasem gryzie się to z muzyczną warstwą utworów. Wokal bywa zbyt monotonny i moim zdaniem jest słabym nośnikiem emocji. W brzmieniu gitary akustycznej ważne jest by uniknąć wszelkiego rodzaju fluktuacji. Każda z partii powinna być czytelna i słyszalna, bez względu na to w jakich poziomach głośności i jakich pasmach akustycznych jest nagrana. Na "Unveiled" nie zawsze wspomniany instrument brzmi idealnie. Mocno zaakcentowane przejścia po progach mogą być źródłem irytacji. 

Pozostawiając za sobą to poranne marudzenie (uprzedzę zarzuty słuchałem albumu również o innych porach) pora poszukać pozytywnych aspektów tej muzyki. Nie mam absolutnych zastrzeżeń do dźwięków fortepianu. Mało tego mam wrażenie, że kompozycje oparte na brzmieniu tego instrumentu są bardziej dojrzalsze i brzmią dostojnej. Nie można pominąć pięknych melodii, warto docenić teksty "o czymś" oraz bardzo ciekawą okładkę.

Spójrzmy na "Unveiled" bardziej szczegółowo.  Dwie pierwsze kompozycje: "Here We Are" oraz "A Time To Love and a Time to Kill" zbudowane są według tego samego schematu. Akustyczna melodia i spokojny, niewzruszony wokal. Co jakiś czas pojawiają się zwielokrotnienia fraz, mające wzmocnić przekaz zaakcentowania. "Rise" wita nas ponurym klimatem. Możemy usłyszeć ciekawy efekt w refrenie, frazy powtarzane niczym mantra. W tle delikatnie zaakcentowana obecność instrumentów perkusyjnych. Nieco zaskakuje wręcz ambientowe zakończenie. W "Red Eve" ponownie królują gitary akustyczne. To pełen zadumy utwór o delikatnej melodii. Jego konstrukcja nawiązuje do dobrze znanego nam już schematu: wolna gitara i niemal recytowany tekst. W kompozycji "Summer of 64" napięcie budują dźwięki fortepianu. Wszystko zaczyna się zazębiać. Nawet wokal nie razi. Ponurą atmosferę podsyca linia basu. Brzmi to bardzo złowieszczo. Niestety uzyskany efekt psują "piszczące" przejścia po progach. Najbardziej przypadło mi do gustu oblicze zespołu ukazane w kompozycji "Doctor Dee". To pierwsza kompozycja w której wokal ma właściwy feeling i nie staje w kontraście do muzyki. Dobrze wypada zastosowany w tle motyw oraz dźwiękowa wstawka. Kompozycja "Elsie Wright" utwierdza mnie w przekonaniu, że wokalistę stać na więcej. Gdy mocniej akcentuje frazy jego głos staje się bardziej szorstki, drżący. W takiej formie znacznie bardziej pasuje do takiego grania. "Uri Geller" ma interesującą linię wokalną. Głos drży, przechodzi w szept. Natomiast w refrenie przepuszczony jest przez ciekawy efekt. Całość uzupełnia delikatny motyw. "Montague Rhodes James" ma spory potencjał ilustracyjny. Kompozycję charakteryzuje mroczny, wręcz klaustrofobiczny klimat. Niestety kolejny raz cały efekt psuje zbyt kontrastujący wokal. Bogatszą aranżację możemy usłyszeć w kompozycji "Fire in the Moor". Prócz towarzyszących nam od początku albumu akustycznych gitar uwagę przykuwa rozwinięte tło, które budują okazjonalnie występująca gitara elektryczna, instrumenty perkusyjne oraz bas. Bonusowy utwór "The Cruel Mother" okraszony jest dźwiękowymi efektami w postaci porywistego wiatru, burzy (gromu) oraz wycia wilka.

Podsumowując mam mieszane uczucia co do tego albumu. Pozostawiając z tyłu osobiste upodobania i uprzedzenia: ta muzyka nie zaskakuje, ale nie taka jej rola. Dużo tu ciepłych i przyjemnych melodii. Pod płaszczem monotonnych dźwięków kryją się wartości (choćby warstwa tekstowa), których nie da się podważyć. Z pewnością wielbiciele akustycznych, pełnych melancholii dźwięków z zachwytem sięgną po "Unveiled".

Autor: BH                                                                    29 Września 2011

Alfabetyczny spis wszystkich recenzji

0 comments

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =