Fuse / Holter

Split Echoes of Yul i Nowa Ziemia

Conspicuous Unobstructed Path

Macabre folk 23 Threads

Dionysus

Dytyramb Dead Can Dance

Light Of The Dreams

Sny Maćka Szymczuka

Music For Cassandra

O śmierci inaczej

Emoticona

Naszła mnie dziś refleksja na temat nadużywania pojęć. W czasach gdy mianem "indie" określa się zespoły ze stajni wielkich wytwórni, a rock niebezpiecznie przybliża się do granicy popu nastąpił wysyp tzw. "alternatywnego" grania. Zastanówmy się przez chwilę czego alternatywą może być dzisiejszy rock? Gdy powstawał w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku był odpowiedzią na cukierkowe, wymuskane do granic możliwości brzmienie. Gardził sterylną jakością dźwięku i z założenia miał być niekomercyjny. Jednak z chwilą, gdy zyskał akceptację krytyków muzycznych i stal się jednym z dopływów głównego nurtu muzyki termin ten właściwie stracił pierwotne znaczenie. Nowo mianowane gwiazdy alternatywy zaczęły odkrywać potężne możliwości studia nagraniowego, a ich młodzi naśladowcy pod czujną "opieką" majorsów rozpoczynali kariery świadomie ukierunkowane na komercyjny sukces. Nikt już nie wierzył w "granie dla siebie". Alternatywa stała się więc mitem, pewną etykietą wskazującą muzykę zakorzenioną w dawnej niszowej estetyce. Nadal słychać buńczuczne zapewnienia młodych zespołów "gramy rocka alternatywnego". Tak twierdzi również młoda formacja The Colonists, która nagrała ostatnio album "Emotikona". Czy słusznie?


1. Carpie Diem
2. King Of The Kings
3. Friend's Hope
4. Money Burns a Hole
5. Skeet
6. Place Without a Pain
7. Sadness
8. Niesprecyzowany

A.D. 2012, Modern Rock Revolution



Gwoli ścisłości The Colonists uważają rock alternatywny za jedną ze składowych swojego stylu. Za punkt honoru obrali sobie mieszać różne wpływy, stąd legitymują się zainteresowaniem kierunkami progresywnymi, a nawet jazzem. Zazwyczaj takie multigatunkowe inspirowanie się polega na wielokanałowym czerpaniu ze spuścizny wielkich formacji w celu wyklarowania własnego stylu. "Emotikona" zdradza już jakieś niuanse w tym kierunku. Jednak moim zdaniem daleka droga do indywidualności, a końcowy efekt niepewny.

Jestem zwolennikiem używania jednego języka na płycie. Mieszanie, dajmy na to utworów po polsku z anglojęzycznymi w mojej ocenie rozdrabnia przekaz. W przypadku "Emoticony" sytuacja nie jest taka prosta. Z jednej strony angielski pasuje do granej przez zespół muzyki, z drugiej zaś słychać że wokalista czuje się lepiej w polskim repertuarze. Ten natomiast nie zawsze ma odpowiednią dynamikę ("Carpe Diem"). Przemyśleń podmiotu lirycznego analizował nie będę - temat ten pozostawiam fanom i antagonistom.  

Do strony instrumentalnej większych zastrzeżeń nie mam. Koła nikt tu na nowo nie odkrył, ale jest na tej płycie kilka ciekawych gitarowych zagrań (w "Carpe Diem", ciężka ścieżka w "Friend's Hope") i może podobać się praca perkusji (przede wszystkim "King Of The Kings",
ale i w "Sadness"). Brak mi jednak mocy. Utwory w połączeniu z dość monotonnym wokalem brzmią jakoś anemicznie i beznamiętnie.

Pochwalę natomiast dystans do siebie i rzeczywistości, który ma ujście w "Skeet".  Choć to wymagający dopracowania dodatek, może stać się znakiem rozpoznawczym formacji.


"Emotikona" jest symbolicznym zapisem aktualnych na dany moment emocji muzyków The Colonists. Emocji, których ja zwyczajnie jeszcze nie kupuję. Stary jestem, pamiętam prawdziwy rock alternatywny. ]:->

13 lipca 2012

Alfabetyczny spis wszystkich recenzji

2 comments

  1. Wyskoczyliście z tą recenzją, nie powiem. Mi się podoba świtaśne takie:p

    — Mirmiła Fri, 13 Jul 2012

  2. Nie za łagodnie? Wokal do intensywnego dopracowania

    — Oki Fri, 13 Jul 2012

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =