Anima Mundi

Zmieniona muzyka Hoarfrost

Where Words Fail, Music Speaks

Kompilacja dla Ani

Austeros

Przesłanie do wysublimowanych zmysłów Inner Vision Laboratory

The Measures Taken

Człowiek vs. maszyna w muzyce Machinefabriek

Glaciology

Cztery utwory o śniegu i lodzie Strom Noir

Akt kreacji powinien być związany z poczuciem radości i spełnienia

Sebastian Banaszczyk tworzy muzykę najprościej mówiąc ujmującą. Charakterystyczną cechą Jego twórczości jest wykorzystanie własnej metody zwanej "100% sound recycling", która sama jest równie fascynująca co efekt końcowy - czyli muzyka. Okazją do naszej rozmowy jest najnowszy album zatytułowany "Erik", wydany pod mianem Bionulor.

Onlygoodmusic: Kompozytor Kurt Atterberg zyskał sławę swoją symfonią z 1928 roku, która w rzeczywistości była zlepkiem różnych partytur, czytanych od końca. Dość odważna i nowatorska technika jak na tamte czasy, prawda?

Sebastian Banaszczyk: Nie znałem wcześniej ani twórczości Atterberga, ani historii związanej z symfonią, o której mówisz... To rzeczywiście bardzo specyficzne podejście jak na tamte czasy – presamplingowe i postmodernistyczne! (śmiech) Tego typu działanie, oprócz sfery czysto dźwiękowej, jest zawsze swego rodzaju aktem pozamuzycznym. Mam nadzieję, że akt Atterberga świadczy o jego przewrotności, poczuciu humoru i dystansie, bez których to ciężko obronić się poszukującemu artyście...


OGM: Nawiązuję do tej sytuacji z konkursu "Columbii” ponieważ sam wyprowadziłeś nowatorską metodę komponowania zwaną "100% sound recycling". Opowiedz coś o niej.

Sebastian Banaszczyk:  W dzisiejszych czasach byłbym ostrożny z używaniem określenia „nowatorski”. Aczkolwiek od początku miałem poczucie, że chyba nikt inny wcześniej nie pracował w ten sposób. Oczywiście muzyka eksperymentalna od swoich pradziejów oparta jest na pewnych określonych technikach preparowania dźwięku, jego obróbki i transmutacji, i na korzystanie z tej spuścizny jestem niejako skazany, działając na odkrytym już dawno i zdefiniowanym terenie... Tym jednak, co odróżnia i wyróżnia mój sposób pracy są ograniczenia, jakie narzucam sobie podczas tworzenia. Metoda "100% sound recycling” polega na tym, że tworząc utwór nie "wydaję" z siebie (czy raczej od siebie) żadnych dźwięków – nie gram na jakimkolwiek instrumencie, nie korzystam również z wirtualnych generatorów dźwięku, instrumentów vst, programatorów rytmu itd... Moje utwory powstają na podstawie obróbki tylko jednego krótkiego sampla, pochodzącego z obcego źródła. Jest to najczęściej źródło osadzone dość wyraźnie w kontekście kulturowym, związane z działalnością człowieka, dotyczące historii sztuki lub jakiejś idei. Nie korzystam ze źródeł naturalnych, nagrań dokonywanych samodzielnie czy field recordingu... Z tego wyjściowego sampla tworzę wszystkie dźwięki potrzebne mi do skonstruowania kompozycji. Materiał podlega wielokrotnym, wielopiętrowym transformacjom, kolejne – wypracowane już przeze mnie - sample dają początek następnym, a efekt finalny wydaje się nie mieć kompletnie nic wspólnego z pierwszym fragmentem, który dał początek całości. To fantastyczny sposób pracy, rozwija wyobraźnię i daje niesamowite możliwości. Nie wyobrażam sobie, abym mógł tworzyć inaczej!

OGM: Jak narodził się pomysł na taką formę pracy z dźwiękiem?

Sebastian Banaszczyk: Zaczynając działalność jako Bionulor szukałem własnej niszy, indywidualnej drogi, która z jednej strony pracę nad muzyką uczyniłaby dla mnie samego ciekawym doświadczeniem, a z drugiej  - wyróżniłaby mój projekt z całego oceanu przeciętności i braku muzycznej fantazji. Nie chodziło o to, by za wszelką cenę zabłysnąć przed światem oryginalnością, ale przede wszystkim, aby znaleźć bardziej osobistą, własną metodę działania i dzięki temu czerpać radość z procesu tworzenia. Bo akt kreacji zawsze powinien być związany z poczuciem radości i spełnienia, nawet kiedy borykamy się z trudnościami i ograniczeniami kondycji ludzkiej – inaczej nie ma to sensu. Niestety, w dzisiejszych czasach muzyka eksperymentalna cierpi na taki sam brak polotu, jak wytwory znane z MTV. Wszyscy używają tych samych programów, wtyczek, inspirują się, czy raczej starają kopiować tych samych artystów i uważają, że wszystko, co dzień wcześniej stworzyli w laptopie od razu zasługuje na publikację w internecie... To nie służy jakości muzyki. Ja nie wyobrażałem sobie, że zasiądę przed ekranem komputera i zacznę tworzyć „ambiencik” przy pomocy wirtualnych syntezatorów albo preparować własne niezborne rzępolenie na gitarze jak setki naśladowców Fennesza... (śmiech) Potrzebowałem czegoś innego. Ta sytuacja spowodowała, że wpadł mi do głowy pomysł "100% sound recycling”. Po prostu przyszedł do mnie. Jeśli uruchamiamy w sobie jakiś proces, intensywnie nad czymś rozmyślamy, poszukujemy, to oryginalne pomysły do nas prędzej czy później przyjdą. Przychodzą z Innego Świata – nieważne jak go nazwiemy : absolutem,  prajednią czy zbiorową nieświadomością Junga. Takie pomysły mają wtedy moc. Okazało się, że "100% sound recycling" posiada taką moc, daje mi twórczą siłę i radość. Jest inspirującym wehikułem twórczym. Oczywiście, byli wcześniej artyści wprowadzający ograniczenia jako aktywny czynnik swojego sposobu pracy – do ojców chrzestnych mojej metody zaliczyć można przede wszystkim Larsa von Triera i jego "Dogmę 95”, a na gruncie muzycznym Aube, który do tworzenia swych płyt wykorzystuje najczęściej tylko jedno określone źródło pozyskiwania materiału dźwiękowego, np. : wodę, ogień czy kartki Biblii...

OGM: Dlaczego Erik Satie stał się bohaterem twojego ostatniego albumu? To symbol, osobowość czy dobry kompozytor?

Sebastian Banaszczyk: Za dobrego kompozytora Erik Satie nigdy nie był i chyba nigdy nie będzie uważany. Krytycy i  filharmonie raczej od niego stronią. Ale muzyka jest na szczęście przede wszystkim dla ludzi. Mnie jego twórczość oczarowała natychmiast, kiedy się z nią spotkałem, a zdarzyło się to nieco przypadkowo i w czasach, gdy praktycznie nie słuchałem muzyki klasycznej. Wcześniej zetknąłem się z nim jako twórcą mini sztuk teatralnych w nurcie dadaistyczno-surrealistycznych eksperymentów scenicznych. Wiedziałem, że był nietuzinkową osobistością, ale nie znałem jego kompozycji. Oczarowały mnie przede wszystkim swoją atmosferą i tajemnicą ukrytą gdzieś za dźwiękami, choć niektóre z nich były też niesforne i pełne humoru, co także mi się spodobało... Kiedy zaś poznałem nieco bliżej biografię ich twórcy, byłem pewien, że po drodze mi z nim. Ostatecznie, Erik zainspirował mnie do stworzenia płyty... Jest więc dla mnie chyba wszystkim po trochu : symbolem, interesującym artystą i osobowością. Mam nadzieję, że również dobrym przyjacielem Bionulora (śmiech).

OGM: Wiele osób uważa, że muzyka elektroniczna to wyłącznie obróbka dźwięku, którą równie dobrze może wykonywać sam komputer. W przypadku wielu "twórców" to niestety prawda. Jednak album "Erik" udowadnia, że z historycznego materiału można stworzyć nową wartość. Jak cienka jest granica między kreacją, a zwykłym przemieszaniem szyków? W jaki sposób zachowałeś ducha Satie w swojej muzyce?

Sebastian Banaszczyk: Myślę, że najważniejsza jest uczciwość - chęć wejścia w dialog z pewnym wątkiem obecnym w kulturze, która rodzi się z czystych i szczerych intencji, nie skażonych żądzą zysku czy wykorzystania kogokolwiek do własnych celów, choć również bez bałwochwalczego podejścia. Zawsze, gdy mam zamiar wykorzystać do skonstruowania utworu jakiś sampel (szczególnie związany z konkretną osobą), zadaję sobie pytanie, czy moje intencje są szczere... Tak było w przypadku Marcela Duchampa, którego głos wykorzystałem na poprzedniej płycie. Wciąż zastanawiam się, czy nie popełniłem świętokradztwa, korzystając ze świętych pieśni Marii Sabiny... To bardzo delikatne kwestie, tylko czystość intencji jest dla nich zwierciadłem. Poza tym, moim zdaniem, idee powinny krążyć – kiedy wydają się zasypiać, należy pomóc im się odradzać, mutować, podróżować w przyszłość... Lecz to, czy takie próby mają same w sobie autonomiczną wartość artystyczną, to już inna sprawa... Nawet najlepsze chęci i idee nie stworzą udanego dzieła sztuki, to dar i łaska, która przychodzi Skądś Indziej... Jednak ten dar nie przychodzi sam z siebie, potrzeba do tego wytężonej pracy i uwagi, aby uruchomić proces. Nie przeceniałbym natomiast udziału technologii w tworzeniu czegokolwiek. To człowiek maluje obraz, nie pędzel. Komputer bez człowieka nawet się nie włączy!

OGM: Mimo nowatorskiej techniki, zauważyłem na albumie „Erik” klasyczne podejście do komponowania. Jesteś z wykształcenia muzykiem? 

Sebastian Banaszczyk: Nie, nie jestem. Po prostu lubię porządek (śmiech). Moim zdaniem, zanim coś trafi na płytę, musi zostać maksymalnie przemyślane i dopracowane. Oczywiście, często najlepsze pomysły rodzą się w mgnieniu oka i trzeba je niemal gonić... Ale potem, kiedy uda już mi się je schwycić, potrzeba wiele czasu, aby nabrać dystansu i znaleźć dla każdego dźwięku odpowiednie miejsce. Dlatego utwory dojrzewają latami. Niektóre są gotowe niemal od razu, ale leżakują niczym wino w beczkach zanim rozleje się je do butelek i odda światu. Musi minąć trochę czasu, abym nabrał do nich większego krytycyzmu, bym mógł spojrzeć na nie bardziej świadomym okiem, uzyskać klarowniejszą wizję. Trzeba też umieć z pewnych rzeczy rezygnować. Zbyt wiele w dzisiejszym świecie nieprzemyślanych, tworzonych byle jak, banalnych dóbr „kultury” i nie chciałbym tego śmietnika jeszcze bardziej zaśmiecać... Taki mam sposób pracy – być może stąd wrażenie tego klasycznego podejścia...?


Onlygoodmusic.pl dziękuje Panu Sebastianowi Banaszczykowi za poświęcony czas i ciekawą rozmowę.

2 grudnia 2012

0 comments

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka:

Proszę wprowadzić wynik operacji matematycznej z tego obrazka. =